27.3.16

Z okazji Międzynarodowego Dnia Teatru o Szczecińskim "Akropolis" słów więcej niż kilka.



Tekst powstał na potrzeby konkursu literackiego organizowanego przez Teatr Współczesny w Szczecinie z okazji projektu "Klasyka Żywa" na 250-lecie teatru publicznego w Polsce. Nie zajął co prawda znaczącego miejsca, jednak jest dla mnie ważny na tyle, że chcę się z wami nim podzielić.


Zawsze najtrudniejszy jest początek. Właściwie nie ma pracy, gdzie od tak stworzyłabym wstęp. Od zawsze, niezmiennie mam ochotę nagryzmolić w moim zeszycie "Dawno, dawno temu…". Przecież coś takiego zawsze uda mi się obronić. Tylko po co? Po co tworzyć coś, co mi się nie podoba? Nigdy nie potrafię wczuć się w poetyckie, piękne, barwne i niejednokrotnie niemalże perfekcyjne wstępy moich ulubionych sztuk teatralnych i książek, dlatego tym razem pominę tę część mojej pracy.
Myślę, że powinnam wspomnieć, że jestem umysłem ścisłym, który rozbiera wszystko na czynniki pierwsze, a następnie liczy tylko sobie znana deltę po to, żeby we własnych myślach wyznaczyć miejsca zerowe, które są dla mnie najbardziej istotne i pozwalają mi narysować w myślach parabole należące do liczb rzeczywistych i tworzących jednolitą, niezmienną całość. Zawsze analizuję i szukam błędów, nawet wtedy, gdy ich nie ma i coś, co nie jest poukładane, logiczne i wytłumaczalne nie ma dla mnie racji bytu. Właściwie nie powinno mieć, bo od kiedy teatr zajął istotne miejsce w moim życiu, nie jestem tego już taka pewna.
Teatr to jedyne miejsce, gdzie czasami zdarza mi się zapomnieć o logice i kierować się wyłącznie emocjami. Wydaje mi się, że nigdy nie przeżywałam do tego stopnia czegoś, na co nie mam wpływu. Jedyne, co robiłam wcześniej, to przyglądanie się czemuś odległemu. Czemuś, co mnie nie dotyczy. Czemuś, gdzie bohaterowie rzadko bywają schematyczni, gdzie nie wiem, czego się po nich spodziewać i budowani są na scenie przez aktorów - ludzi, którzy myślą i postrzegają świat inaczej niż ja, którzy wiedzą czego oczekują od granej przez siebie postaci i starają się wczuć w jej położenie, interpretując wszystko po swojemu. Ty, tak Ty, Osobo, która teraz to czytasz, pewnie stworzyłabyś tę postać zupełnie inaczej, niż ktokolwiek inny. Zawsze podobało mi się, kiedy aktor do tego stopnia czuł granego przez siebie bohatera, żeby opowiedzieć jego historię do setnego czy tysięcznego miejsca po przecinku, bez zaokrąglania jej cech czy myśli.
„Akropolis”, czy mówi Ci to coś, drogi adresacie? Bez wątpienia powinno, bo to na temat tej sztuki miała być moja praca. Trochę odbiegłam od tematu, jednak myślę, że dam radę łatwo, szybko i przyjemnie do niego wrócić, ponieważ i tu przewija się temat kreacji postaci. Postaci trudnych i skomplikowanych, podobnie jak cały spektakl. Sam fakt braku wyraźnego głównego bohatera może nieźle namącić człowiekowi w głowie, a pojawienie się nagle na scenie trzydziestu aktorów przy bardzo oszczędnej, wręcz surowej scenografii prowadzi do eksplozji emocji. W mojej słyszę echo mówiące "Ale jak to, jak to...". I nie, nie jestem chora psychicznie, musicie mi wierzyć. Inaczej nie leżałabym we własnym łóżku jakieś półtorej godziny po zakończeniu spektaklu „Akropolis” w reżyserii Anny Augustynowicz, tworząc tę pracę, która docelowo ma być esejem tematycznym. W każdym razie sam fakt występowania trzydziestu kilku postaci spowodował, że nie mogłam się zdecydować, gdzie patrzeć, na kogo zwrócić uwagę i jakie detale zapamiętać, bo tyle tego było. Ten pozorny chaos wzbudził we mnie ogromny szacunek do reżysera panującego nad tym całym zamieszaniem. I ta prostota dekoracji…
 Zawsze najistotniejszy był dla mnie „posiadacz” największej ilości tekstu, ponieważ mogłam przeprowadzić na nim bez problemu moją matematyczną analizę. W tej sztuce jednak ten sposób poniósł swoją sromotna porażkę, bo każdy aktor był tak samo ważny, każdy wnosił coś unikalnego i sprawiał, że charakter się zmieniał, udoskonalał, był coraz bardziej skomplikowany i trudniejszy do zrozumienia dla przeciętnego widza, który, tak jak ja, nie miał wcześniej styczności z Wyspiańskim. Przyznaję się, że nigdy przedtem nie widziałam niczego, co byłoby z tym twórcą związane. Chociaż... nie, raz, kilka dni temu, usiłowałam przeczytać „Akropolis”, co skończyło się bólem głowy po trzech stronach i radosnym powrotem do „Potopu”, który muszę przyswoić przez święta.
Trudno powiedzieć, co bardziej mnie zdziwiło: to, że mimo złego początku z Wyspiańskim, zaczynam zamieniać się w wylewnego humanistę rozpisującego się na temat utworu, który wpłynął na mnie ogromnie, czy może to, że byłam zadowolona przez jakieś dwadzieścia stron czytania „Potopu”. Wygląda na to, że jest jeszcze nadzieja, że może kiedyś wrócę do „Pana Tadeusza”, czy innych lektur szkolnych z uśmiechem na ustach... Kto wie?
 Muszę przyznać, że zaskoczyło mnie, do jakiego stopnia Wyspiański posłużył się postaciami i wzorcami uniwersalnymi i zawsze aktualnymi, jak połączył wszystkie elementy w całość, że powstała moja upragniona parabola z dwoma miejscami zerowymi, jak sprawił, że do końca sztuki siedziałam z zapartym tchem, a analizować zaczęłam dopiero po wyjściu z teatru moknąc i marząc na przystanku tramwajowym, czekając na spóźniającą się szóstkę. Nie zdarzyło mi się to nigdy wcześniej. Zawsze w połowie pierwszej kwestii padającej na scenie zaczynałam liczenie mojej nieodłącznej delty i rysowanie wykresu. Ha! Zaskoczyłam samą siebie, co zdarza się niezwykle rzadko, bo w 99% przypadków jestem przygotowana na nawet największe swoje dziwactwa i bez mrugnięcia prawym okiem (bo lewym czasem mi się zdarza), przyjmuję swoje twory.
Trudno powiedzieć czy otworzyły mi się oczy, bo do tej pory były zamknięte, czy też znowu tworzę jakąś niewiarygodną historię z happy endem, która nigdy się nie przydarzy, ale jedno wiem na pewno: „Akropolis” poruszyło moje małe matematyczne serduszko, które bije teraz innym rytmem. Czy tak zostanie? Nie wiem, ale miło czuć czasem coś innego niż wewnętrzny kalkulator albo program napisany na informatyce w języku C++ liczący funkcje i automatycznie rysujący wykresy. To dobra odmiana, trochę spontaniczności, brak rutyny, schematów. Chciałabym napisać tu, że zmiany mogą czasem być fajne, jednak za "fajne" prawdopodobnie byłabym już na korytarzu z piękną czerwona jedyneczką w dzienniku (moja polonistka nie uznaje istnienia tego słowa w zasobach leksyki języka polskiego), więc już chyba przestanę mówić i zacznę znowu rozmyślać, bo „Akropolis” zmieniło moje spojrzenie na życie. Sprawiło, że dusza analityka zaczęła stawać się duszą człowieka wrażliwego na piękno i sztukę, że zamykanie się w wąskiej przestrzeni umysłu ścisłego przestało być takie oczywiste. Kąt prosty zaczął mieć około 90º, wszelkie kolory stały się pastelowe, a dochodząca z oddali muzyka miasta brzmiała jak „Kashmir” Zeppelinów.

 Dla tych (zapewne niewielu) wybranych, którym czas i chęci pozwoliły dotrzeć do tego miejsca pozostawiam "Orędzie Anny Augustynowicz do polskiego środowiska teatralnego". Polecam obejrzeć każdemu, nawet jeśli teatr jest dla ciebie czymś zupełnie abstrakcyjnym.

Źródło filmu: YouTube 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz